Podążając za szczęściem

Podążając za szczęściem

sobota, 26 marca 2016

Człowiek człowiekowi wilkiem

Podszepty, dogryzania, naśmiewania, wytykanie palcami, zakłady, żarty - to była część mojego "edukacyjnego życia". Takie doświadczenia, oprócz wiedzy, nabywałam na wszystkich stopniach edukacji.


Dzieci są szczere i bezwzględne. Podpuszczone przez "autorytety", czyli osoby popularne i lubiane potrafią zrobić piekło z życia jednostki, na którą się uwezmą. Tak było ze mną. Mam wrażenie, że od pierwszych chwil przekroczenia szkolnych murów stałam się ich ofiarą. Byłam nieśmiałą, grubą dziewczynką. Idealny obiekt do pośmiewisk. Gdybym była jeszcze głupia byłby komplet. Ale i bez niego radzono sobie świetnie.
Byłam pośmiewiskiem klasy, klas równoległych, a nawet innych roczników. Coraz częstsze śmiechy, żarty, dogryzanie wpływały niesamowicie na moją psychikę. Ludzie, którzy stali się moimi "oprawcami" nie zdawali sobie nawet sprawy z tego co robią. Dla nich była to radosna chwila. Dla mnie to był koszmar. Ci ludzie sprawili, że upadły mury zaufania, a tam gdzie były pozostały zgliszcza. To wpłynęło nie także na poczucie mojej wartości wówczas i w przyszłości, ale i na relacje damsko-męskie. 

Ich śmiech brzmiał w uszach, a po policzkach spływały kolejne łzy. Nie potrafiłam się odciąć od tego. Nie potrafiłam zrozumieć, że powinnam olać to co myślą sobie inni. Kolejne szykany, docinki, śmiechy wbijały mnie coraz głębiej i głębiej w otchłań mojego "ja". Nie umiałam sobie poradzić z nimi. Nie chciałam, aby kolejny dzień w szkole był związany z kolejnym cierpieniem. Nie umiałam jednak temu przeciwdziałać. 

I tak było nie tylko w podstawówce czy szkole średniej, ale i częściowo na studiach. Byłam za słaba by zwrócić uwagę. Byłam za słaba, by podnieś swój głos. Byłam za słaba, by stanąć oko w oko z tymi, którzy tak mnie traktowali. 

Nie szanowano mnie, więc i ja zatraciłam szacunek do siebie. Uważałam się za brzydką, grubą (to akurat był fakt!), beznadziejną. Poczucie własnej wartości na poziomie Rowu Mariańskiego. Z roku na rok zamykałam się coraz głębiej. Wycofywałam się z życia. Nie chciałam by znowu mnie raniono. 

Naśmiewanie się ze mnie sprawiło, że nie wierzyłam w żaden komplement. Nieważne, że mógł być szczery. Mnie i tak kojarzył się od razu z żartami na mój temat.

Takie zachowanie moich towarzyszy sprawiło, że stawałam się coraz bardziej poważna, wycofana i nie miałam dystansu do siebie. Wszystko też do siebie brałam. Nawet uwaga rzucona nie w moim kierunku była od razu przypisywana mnie. Wszystko o czym mówiono brałam do siebie. Każdy przykład był przykładem z mojego życia. Czułam się winna, bezbronna. Nie wiedziałam wówczas czym jest szczęście. Nie potrafiłam się uśmiechać. Wrzucono mnie w szarość. Moje życie było bezbarwne...

Oczywiście przez te lata miałam wokół siebie wspaniałych ludzi, którzy mieli o wiele więcej odwagi i niekiedy mnie nawet bronili. Oni wskazywali mi drogę i bez nich nie udałoby mi się przezwyciężyć swojego podejścia do siebie.

Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że niezrozumiałe jest dla mnie takie traktowanie drugiego człowieka przez dorosłego (okres studiów). Osoby dorosłe (fakt niekoniecznie dojrzałe) powinny sobie zdawać sprawę z tego co mogą zrobić drugiej osobie. To co mnie zgotowano to była przemoc psychiczna w czystej postaci. Teraz przeciwdziała się temu na każdym kroku... Jeszcze kilkanaście lat temu nie zwracano na to aż tak wielkiej uwagi... A nawet gdyby to najpierw musiałabym się poskarżyć. A jak to zrobić skoro nie ma na to odwagi?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz